Zrywam 10 liści i wrzucam do prania. Niepotrzebny mi żaden proszek ani chemia
Rośnie na murach, płotach i w każdym parku, a większość ludzi traktuje ją jak chwasta, który trzeba wyciąć, zanim zarośnie ścianę. Tymczasem w Niemczech i Austrii od lat pierze się w niej ubrania. Nie kupuje, nie zamawia - po prostu zrywa się garść liści po drodze z pracy.
Chodzi o bluszcz pospolity. Ten sam, który pnie się po elewacjach bloków, oplata drzewa w parkach i porasta mury na cmentarzach. Zanim machniesz ręką: mechanizm jest dokładnie ten sam co przy kasztanach, o których słyszał już chyba każdy. Tylko z jedną przewagą, która zmienia wszystko.
Dlaczego zwykłe liście w ogóle piorą?
Odpowiadają za to saponiny, czyli naturalne związki powierzchniowo czynne. Ich nazwa pochodzi od łacińskiego "sapo", czyli mydło, i to nie przypadek. W kontakcie z wodą pienią się i obniżają jej napięcie powierzchniowe, dzięki czemu woda wnika w tkaninę i wypłukuje z niej brud oraz tłuszcz.
To ta sama zasada, na której działają orzechy piorące z Indii i kasztany z parku. Liście bluszczu zawierają od dwóch do sześciu procent saponin, więc garść wystarcza na jedno pranie. Woda po namoczeniu robi się mętna i lekko mleczna - to widoczny znak, że saponiny przeszły do roztworu.
Zobacz też: Czy Lex Szarlatan zakaże uprawy ziół na balkonie? Prawo jest jasne jak słońce

Przewaga, której kasztany nie mają
Kasztany są dostępne przez może sześć tygodni w roku. Potem albo masz zapas, albo temat się kończy do następnego września. Bluszcz jest zimozielony, więc liście zrywasz w styczniu tak samo jak w lipcu.
To właśnie dlatego w niemieckich poradnikach bluszcz jest polecany jako opcja długoterminowa, a kasztany jako sezonowa ciekawostka. Do tego nie musisz nic tłuc młotkiem ani mielić - liść wystarczy porwać na kawałki.
Jeszcze jedna praktyczna rzecz: lepiej sprawdzają się starsze, ciemniejsze liście niż młode, jasnozielone. Te znajdziesz niżej, przy zdrewniałych pędach.
Dwa patenty na pranie z bluszczem
Patent nr. 1. Zerwij 10-15 liści, opłucz pod bieżącą wodą, porwij na kawałki i wsyp do siateczki na pranie albo zwykłej skarpety. Zawiąż i wrzuć bezpośrednio do bębna razem z praniem. Przy programach od 40 stopni saponiny uwolnią się same, bez wcześniejszego przygotowania.
Patent nr. 2. Liście zalej wrzątkiem w słoiku i zostaw na noc. Rano przecedź przez sitko i wlej płyn do przegródki na proszek. Ten wariant sprawdza się przy praniu w niższych temperaturach i przy krótkich programach, bo saponiny są już rozpuszczone.
Jeśli chcesz podbić skuteczność, dosyp łyżkę sody do bębna. Przy tkaninach delikatnych, wełnie i jedwabiu odpuść sodę i użyj samego roztworu z bluszczu.
Zobacz też: Najgorszy wybór w warzywniaku. Te owoce i warzywa są pełne mikroplastiku

1 arcyważna zasada
Zwykły proszek to nie tylko środek myjący. Zawiera też odkamieniacz, który chroni grzałkę pralki przed osadzaniem się kamienia. Przy praniu bluszczem tego składnika po prostu nie ma.
Rozwiązanie jest proste: przy twardej wodzie dodawaj co kilka prań łyżkę octu do przegródki na płyn do płukania - zapach ulatnia się po praniu. Druga rzecz to białe rzeczy. Saponiny nie wybielają, więc przy dłuższym stosowaniu biel może zaczynać szarzeć. Tu ratuje soda albo odplamiacz tlenowy.
Bluszcz jest rośliną trującą i to trzeba powiedzieć wprost. Wszystkie jego części zawierają saponiny, które w większych ilościach są toksyczne. Do prania to bez znaczenia, ale gotowy roztwór trzymaj poza zasięgiem dzieci i zwierząt, nie przelewaj go do butelki po napoju i po robocie umyj ręce.