Zatrzymali transport jabłek ze wschodu. Nie nadawały się do jedzenia dla ludzi
Transport świeżych jabłek sprowadzanych z Ukrainy nie dojechał na polskie półki. Kontrola graniczna wykazała w próbkach przekroczone normy pozostałości pestycydów, w tym jednej substancji, której w Unii Europejskiej w ogóle nie wolno stosować. Towar zwrócono do nadawcy, zanim trafił do sprzedaży.
Sprawę odnotowano w europejskim systemie RASFF, czyli systemie szybkiego ostrzegania o niebezpiecznej żywności i paszach, który służy do wymiany informacji między państwami UE. 23 października 2026 roku Polska przekazała do tego systemu zgłoszenie dotyczące wyników badań ukraińskich jabłek. Analizy laboratoryjne nie pozostawiły wątpliwości: w próbkach znalazły się pozostałości środków ochrony roślin w stężeniach wyższych, niż dopuszczają przepisy.
Ponad dwukrotne przekroczenie normy spiromesifenu
W badanym towarze wykryto spiromesifen, substancję stosowaną do zwalczania szkodników, w ilości 0,042 mg/kg. Dopuszczalny limit dla tej substancji to 0,02 mg/kg, co oznacza, że wynik był ponad dwukrotnie wyższy od normy.
Samo przekroczenie limitu jednej substancji wystarczyłoby, by zakwestionować partię towaru. W tym przypadku nie był to jednak jedyny problem, a kolejne wyniki okazały się jeszcze poważniejsze.
Zobacz też: Ważna zmiana w Biedronce, Lidlu i Dino, będą inne godziny otwarcia. Komunikaty dla klientów
Karbendazym w dwóch próbkach, i to znacznie powyżej normy
W dwóch oddzielnych badaniach wykryto też karbendazym, odpowiednio 0,046 mg/kg i 0,086 mg/kg, podczas gdy dopuszczalny poziom wynosi zaledwie 0,01 mg/kg. W drugim przypadku stężenie przekroczyło limit aż 8,6-krotnie.
To, co czyni tę sytuację poważniejszą niż samo przekroczenie normy, to status karbendazymu. Substancja ta jest niedopuszczona do stosowania na terenie Unii Europejskiej, więc jej obecność w owocach sama w sobie stanowiła podstawę do zakwestionowania transportu, niezależnie od stężenia.
Transport zawrócony, zanim trafił na rynek
Nieprawidłowości wyszły na jaw podczas kontroli granicznej, a więc zanim jabłka w ogóle zdążyły trafić do obrotu w Polsce. Służby uznały, że stwierdzone przekroczenia mogą wiązać się z potencjalnie poważnym zagrożeniem dla zdrowia, i na tej podstawie podjęły decyzję o niedopuszczeniu towaru do sprzedaży.
Zakwestionowaną partię zdecydowano się zwrócić do nadawcy. Konsumenci w Polsce nie mieli więc szansy kupić tych konkretnych jabłek, bo system kontroli zadziałał, zanim towar dotarł do sklepów. To dobry przykład tego, po co w ogóle istnieje RASFF: pozwala wyłapać niebezpieczną żywność, zanim trafi ona na talerz.
Zobacz też: Wbij w cebulę i wrzuć do rosołu. Pomoże osiągnąć głęboki kolor i pełny smak