Rok temu wyrzuciłem swój prodiż. Dzisiaj wiem, że to był największy błąd
Zanim w polskich kuchniach zagościły piekarniki do zabudowy, rolę tę pełniło jedno, skromne urządzenie - prodiż. Aluminiowa misa z pokrywą, bez wyświetlaczy i programów, a mimo to piekła niemal wszystko: od babki piaskowej po całego kurczaka. Dziś, kiedy rachunki za prąd rosną, coraz więcej osób wyciąga go z powrotem z piwnicy.
Moja babcia miała prodiż, który służył jej przez dekady bez jednej awarii - pamiętam go jako urządzenie, które zawsze działało, niezależnie od tego, co się w nim piekło. Dziś wiem, że to nie był przypadek, tylko efekt prostoty konstrukcji, która nie miała się prawa zepsuć. A błąd popełniony rok temu będę sobie wypominał już zawsze.
Skąd się wziął prodiż?
Choć kojarzy się jednoznacznie z PRL-em, prodiż nie jest polskim wynalazkiem. Koncepcję przenośnego piekarnika przypisuje się czeskiemu elektrotechnikowi Oldřichowi Homucie, który opracował urządzenie w latach 50. XX wieku dla firmy Remos - stąd czeska nazwa "Remoška". Inne źródła wskazują na austriackiego przedsiębiorcę, co pokazuje, że historia tego sprzętu jest równie pogmatwana, jak popularna.
Do Polski trafił pod nazwą wywodzącą się od francuskiego słowa "prodige", oznaczającego cud lub fenomen - i trudno o trafniejsze określenie, biorąc pod uwagę, ile potraw dało się w nim przygotować. Masowa produkcja ruszyła w 1957 roku, a urządzenie szybko stało się obowiązkowym wyposażeniem niemal każdej kuchni.
Dlaczego był tak niezawodny?
Sekret tkwił w prostocie. Prodiż to w gruncie rzeczy aluminiowa misa z pokrywą i grzałką - żadnych elektronicznych paneli, czujników czy programów, które mogłyby się zepsuć. Im mniej podzespołów, tym mniej rzeczy, które mogą przestać działać, a to właśnie czyniło go tak trwałym sprzętem.
Konstrukcja była przy tym dość szczelna, dzięki czemu wewnątrz rosło ciśnienie, a jedzenie piekło się szybciej niż w zwykłym piekarniku - trochę na zasadzie zbliżonej do szybkowaru. To samo rozwiązanie, które dziś wraca w postaci nowoczesnych multicookerów, w prodiżu działało już kilkadziesiąt lat wcześniej.
Co właściwie można było w nim zrobić?
Prodiż kojarzy się przede wszystkim z babką piaskową, ale jego możliwości sięgały dużo dalej. Piekły się w nim chleb, ciasta drożdżowe, biszkopty, pasztety i zapiekanki - wszystko to bez rozgrzewania całego piekarnika, co miało znaczenie zwłaszcza latem albo na działce, gdzie piekarnika często w ogóle nie było.
Sztandarowym daniem był jednak cały kurczak - dzięki zamkniętej konstrukcji mięso pozostawało soczyste, a skórka mimo to się przyrumieniała. Dla wielu rodzin niedzielny obiad bez kurczaka z prodiża po prostu nie wchodził w grę.
Czy warto sięgnąć po stary prodiż dziś?
Jeśli macie stary egzemplarz na strychu, warto pamiętać, że dawne prodiże wykonywano głównie z aluminium, które reaguje z kwaśnymi składnikami - pomidorami, octem czy cytryną. W takim naczyniu lepiej unikać potraw o wyraźnej kwasowości, a przed pierwszym użyciem sprawdzić stan przewodu i grzałki, bo po latach w piwnicy izolacja mogła się zestarzeć.
Nowsze modele mają zwykle powłoki nieprzywierające i są pod tym względem bezpieczniejsze. Ale nawet stary, babciny prodiż, po dokładnym sprawdzeniu, wciąż potrafi zaskoczyć - tak jak zaskakiwał kiedyś, kiedy był po prostu codziennością.
Zanim kupicie kolejny gadżet kuchenny, sprawdźcie piwnicę - może niezawodność, której szukacie, czeka tam od lat, zakurzona, ale gotowa do pracy.