3 najdziwniejsze restauracje w Polsce. Tu jadłem 50 metrów nad ziemią
W tej branży pracuję kawał czasu i wydawało mi się, że jedzenie już niczym mnie nie zaskoczy. Myliłem się. Trafiłem na miejsca, w których sam posiłek był najmniej ważny - liczyło się to, gdzie i jak się je zjada. Zebrałem trzy adresy, które zapamiętam na długo, i wcale nie chodzi tu o smak dań.
Zaczęło się od zwykłej ciekawości. Podczas wyjazdów, zarówno zawodowych, jak i prywatnych, zawsze szukam miejsc, które wyróżniają się czymś więcej niż karta dań - pomysłem, scenografią, odrobiną adrenaliny. Z czasem uzbierało się kilka takich adresów, ale trzy zapadły mi w pamięć najmocniej. Jeden wisiał w powietrzu, drugi pogrążał w całkowitej ciemności, a trzeci leżał pod wodą, dosłownie.
Obiad zawieszony 50 metrów nad ziemią
Dinner in the Sky to koncept, który do Polski zawitał niedawno - między innymi do Wrocławia, Trójmiasta czy Bydgoszczy. Zasada jest prosta: stół z krzesłami stoi na platformie, którą dźwig wciąga na wysokość 50 metrów. Przy stole mieści się 22 gości, a maksymalna waga uczestnika to 150 kilogramów - obsługa naprawdę tego pilnuje.
Pasy zapinałem jeszcze na ziemi, bo dopiero po tym platforma rusza w górę. Nogi wiszą w powietrzu, kelnerzy poruszają się między gośćmi przypięci tak samo jak oni, a widok na miasto znad talerza robi większe wrażenie niż samo danie. Osobom z lękiem wysokości szczerze tego nie polecam - reszcie mogę powiedzieć, że to jedno z tych doświadczeń, o których długo się potem opowiada.
Kolacja, której nie widziałem
Different w Warszawie to pierwsza w Polsce restauracja, w której je się w kompletnej ciemności, a obsługują wyłącznie kelnerzy niewidomi. Przed wejściem wybiera się jeden z wariantów menu - mięsny, rybny albo wegański - ale co dokładnie trafi na talerz, zostaje tajemnicą aż do pierwszego kęsa.
Do sali prowadzą w praktyce trzy kroki i dwie kotary, a po drugiej stronie nie widać dosłownie nic. Jadłem palcami częściej niż widelcem, bo w ciemności łatwiej trafić ręką niż sztućcem, a smaki, które normalnie rozpoznałbym bez zastanowienia, nagle wymagały zgadywania. Rozmowy przy stole też cichną - w ciemności ludzie mówią ciszej, jakby sam mrok działał na nich uspokajająco.
Jedzenie z rekinami nad głową
Wrocławskie Afrykarium to jedyne miejsce w Polsce, gdzie kolację można zjeść w podwodnym tunelu. Chodzi o Tunel Mozambicki - 18-metrowy, akrylowy korytarz otoczony niemal 3 milionami litrów wody, który po zamknięciu zoo zamienia się w restaurację. Wieczór zaczyna się od godzinnego, nocnego zwiedzania Afrykarium, jeszcze zanim ktokolwiek usiądzie do stołu, a cena takiego doświadczenia zaczyna się od około 450 złotych od osoby.
Stoły ustawione są wzdłuż akrylowej ściany tunelu, więc talerz i podwodny świat dzieli dosłownie kilkanaście centymetrów. Nad głową przepływają rekiny, płaszczki i mureny, a niektóre z nich podpływają na tyle blisko, że mimowolnie odsuwa się krzesło. Rozmowa przy takim stole szybko schodzi z jedzenia na to, co właśnie przepłynęło nad talerzem - i chyba o to w tym miejscu chodzi najbardziej.
Żadne z tych trzech miejsc nie zapamiętam ze względu na najlepsze danie, jakie w życiu zjadłem - i szczerze mówiąc, to nie był ich cel. Zapamiętam je za to, że pokazały mi, ile w gastronomii można zbudować samą scenografią, pomysłem i odrobiną odwagi. Jeśli szukacie inspiracji na nietypowy wieczór, czasem warto wybrać miejsce nie za menu, tylko za historię, którą będziecie potem opowiadać.
